Poniżej prezentujemy państwu książkę autorstwa bobra Gofra która zrobiłaby furorę na rynku wydawniczym Winktown, gdyby takowy istniał (a nie tak że wciąż problemy z papierem są, nawet toaletowym). Miłej lektury!
„Łowy”
Powieść autorstwa bobra Gofra
Radosna muzyka pogrywała ze starej, jeszcze przedwojennej, szafy grającej. Impreza w barze „Pod Różowym Kundlem” miała się w najlepsze. W lokalu zgromadziła się tego wieczoru cała miastowa śmietanka, wśród których byli: Tocza la Machette CXXIII, obecnie gwizdżący w pustą butelkę po piwie „Uranowe” a także Orzislav von Thorn-Todd, przygrywający sobie w rogu na gitarze jaką dziwaczną melodyjkę. W barze krążyły również pogłoski, że jest tutaj również gdzieś Gofer, ale nikt nie mógł zlokalizować bobra – zapewne na zapleczu sam lub z kilkoma bobrami, opróżniał kolejną beczułkę smacznego i pożywnego „Uranowego Wina”.
W trakcie zabawy w Różowym Kundlu, Batts van Cavayero, wielki, zielony mutant, odczuł pilną potrzebę. Jako że jego gabaryty nie za bardzo umożliwiały mu skorzystanie z toalety sieci Bartolda Frytki, Cavayero z nietęgą miną postanowił opuścił knajpę, by móc wypróżnić się gdzieś na dworze. Z wielkim trudem podniósł swoje wielkie cielsko znad stolika, po czym wywrócił się do tyłu miażdżąc krzesło na którym wcześniej siedział. Zamroczony przez alkohol, postanowił nie wstawać i w pozycji półleżącej, wyczołgał się z lokalu. W barowym ogródku (choć to słowo może być użyte w tym miejscu na wyrost na określenie kilku chwastów rosnących przed barem), poczuł lekkie mdlenie, po czym w sposób niekontrolowany wszystko zwymiotował, tak więc tuż przy wyjściu powstała kolejna kałuża w której dobry obserwator mógł wypatrzeć co Batts jadł dzisiejszego wieczoru lub też odróżnić kilka różnych sosów z jakimi mutant skonsumował pieczone szczury.
Doczołgawszy się do czerwonego hydrantu (stojącego tutaj zapewne dla ozdoby), van Cavayero podjął drugiej dzisiejszego wieczoru próby stanięcia na nogach o własnych siłach. Na czole umęczonego mutanta pojawił się pot, kiedy ten opierając się o hydrant podnosił się z kolan. Widok był to straszny, niczym z filmu sensacyjnego, gdzie główny bohater nie dawał za wygraną swojemu śmiertelnemu wrogowi i po otrzymaniu serii teoretycznie śmiertelnych ciosów, powstawał.
- Agrrr!!! – wyrwało się z gardła Battsa kiedy odepchnął się od hydrantu, powodując na nim niewielkie wgniecenie, i nieco się chwiejąc, rozpinał rozporek. Dając ulgę swojemu zbolałemu pęcherzowi, z błogą miną mutant zauważył dziwne światło tuż na granicy miasta i pustyni. Wytężając jeszcze bardziej wzrok, zauważył że jakiś dziwaczny, ciemny kształt, podobny do psa (wiedział co to jest pies, bo go kiedyś jadł pieczonego) który szarżował w jego kierunku. Przeraźliwy skowyt sprawił że Battsowi zjeżyły się włosy na plecach. – Co do diabła… – więcej nie zdążył powiedzieć gdyż ciemny kształt wylądował na klatce piersiowej i z ogromną siłą pchnął go na ziemię. Van Cavayero uderzył głową w hydrant i stracił przytomność.
***
- Co z nim? – głos był skrzeczący i zgrzytliwy.
- A jaką odpowiedzieć chciałbyś usłyszeć? – za to głos rozmówcy wydawał się dobiegać z oddali, jakby przez jakąś tubę.
- Że będzie żył, wisi mi kapsle! – stwierdził Harold, główny barman „Różowego Kundla i jednocześnie lokalna szycha.
- Ano będzie żył… – po usłyszeniu odpowiedzi medyka Shade’a Cieniovskiego, stary ghul wyraźnie poweselał – Za to zapowiada się, że parę bobrów będzie miało wiwisekcję, nie widzę tu ani broni Battsa, ani jego spodni i butów…
***
W piwnicy jednego ze zrujnowanych budynków Winktown City, najwyraźniej coś zamieszkało. Było to coś, czego od dawna w mieście nie widziano, czego się obawiano. Straszliwy chichot rozdarł grobową ciszę tego miejsca.
- Polowanie, polowanie, polowanie! – gdyby ktoś akurat przechodził obok, zapewne usłyszałby radość w głosie tego co zamieszkało w tym miejscu.
***
W tym czasie, wszystkie bobry z Winktown City, wyczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo, postanowiły się ukryć przed złem, które czyhało również na nie…
***
Tej samej nocy, Sqadak budował kolejny nikomu nieprzydatny wynalazek w swoim warsztacie na siódmym piętrze biurowca należącego do jego firmy – Sqadak-Tech. Miał nadzieję że w końcu zbuduje coś przydatnego mieszkańcom Winktown. Niestety, jak bywa ze wszystkimi gadżetami wyprodukowanymi w firmie Kapitalisty Pustkowi, żaden z nich się do niczego nie nadawał. Bo po co zwykłemu Winkowi takie przedmioty jak dwudziestoczterokołowy rower bez kierownicy, lub foliowy strój antypoślizgowy? No właśnie…
Zimny podmuch wiatru przewrócił kilka kartek leżącej na stoliku książki na temat budowy reaktorów atomowych.
- Co jest, przecież nie otwierałem chyba okna? – konstruktor odwrócił się i zobaczył czerwone oczy Bestii. – Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!
I tym razem nikt niczego nie usłyszał…
***
- To już drugi w ciągu dwóch dni! – w oczach Harolda widać było wyraźne zdenerwowanie – Ten też wisiał mi kapsle!
- Bobry naprawdę sobie przechlapują… To już drugi który leżał goły i wesoły… – wtrącił Shade. – W dodatku od wczoraj żadnego z nich nie widziałem, jakby się wszystkie ukrywały.
Tocza la Machette CXXIII który tego dnia również przebywał w klinice, podrapał się po głowie.
- No tak, ale gdybyśmy mieli przypadek kradzieży dokonanej przez bobry, to poza ubraniem, zarąbałyby one zapewne wszystko co znajduje się w budynku.
Harold pogłaskał się po brodzie, a Shade zrobił zbolałą minę, choć zapewne nikt z przebywających w pomieszczeniu poza nim tego nie zauważył.
- Gdyby chociaż odzyskali przytomność, to byśmy ich… – wskazał skinięciem półprzezroczystej, cieniowatej głowy na leżących w szpitalnych łóżkach Battsa i Sqadaka – …przesłuchali o te zajścia.
- Ich już raczej nie możemy… – powiedział Tocza z sadystycznym uśmiechem. – … ale bobry tak!
***
Tymczasowy głównodowodzący Kompanią Orłów Toczy, generał Mikus, próbował przekrzyczeć powoli wjeżdżające na uliczkę czołgi typu Makaveli Mark II.
- Dzięki naszemu tajnemu szpiegowi, wiemy, że bobry ukrywają się gdzieś w okolicy! – generał wskazał ręką na stary hipermarket – Zaraz sforsujemy umocnienia i je dorwiemy!!! – Pomachał ręką na kilka kontenerów na śmieci ustawionych pośrodku dawnego parkingu. Minąć je można w odległości 10 metrów z każdej strony, ale wrogie umocnienia, to przecież wrogie umocnienia, nawet jak tam Lumpy założyły własne osiedle mieszkalne.
Prezydent la Machette spojrzał na to wszystko krytycznym okiem. Spojrzał jeszcze raz na sprzęt wojskowy, który powoli wtaczał się na niewielką uliczkę, a były wśród niego zarówno wspomniane wcześniej czołgi, jak i transportery opancerzone, roboty saperskie i innego rodzaju wysokozaawansowany sprzęt wojskowy.
- Jest pan pewien że to wszystko jest potrzebne, żeby dostać się do tego wyraźnie rozwalającego się budynku? – zapytał się zaskoczony.
- Tak jest panie prezydencie! – Mikus się wyprostował i zasalutował. – W wypadku starcia z bobrami stosujemy nową doktrynę wojskową którą pan nawet podpisał panie prezydencie!
- Tak? A jaka to doktryna? – zapytał się Tocza, którego ostatnio papierkowa robota absorbowała w tak wielkim stopniu że już nawet nie czytał dokumentów podsuwanych mu przez sekretarkę, a tylko je mechanicznie podpisywał.
- Doktryna „Spalonego bobra”! – wykrzyczał z dumą głównodowodzący – Polega ona tym że najpierw udupiamy futrzaki, a potem się je pytamy co zrobiły! Nawet jak nic nie przeskrobały, to zawsze paru mniej prawda?!
= Nie mogę odmówić sensowności tej doktrynie, naprawdę…
Za plecami rozmawiających, kilku żołnierzy przygotowywało wyrzutnię rakiet „Berta” do oddania strzału ostrzegawczego…
***
Bóbr odczepił rudy ogon i strzepał z futra pył z brązowej cegły.
- Zadanie wykonane chłopaki, Siły Zbrojne Winktown zostały odpowiednio nakierowane!
Inny, siedzący na skrzynce z „Uranowym” zapytał się:
- Jak oceniamy szanse armii Winktown w starciu z tym czymś?
Kilku bobrzych naukowców w białych kitlach krojonych na ich miarę w zakładzie krawieckim pana Tulipana, przerwało wcinanie przedwojennych sardynek i wystąpiło na środek pomieszczenia wraz z dziecięcą tablicą do pisania na kółkach. Jeden z Gofrów przełknął smaczną rybkę i zaczął referować to co ustalili wspólnie wcześniej bobrzy analitycy, mażąc jednocześnie jakieś liczby na tablicy.
- Uzbrojonych Winków przypuszczających atak na opuszczony hipermarket jest trzy tysiące dwustu siedemdziesięciu – tu zrobił krótką przerwę żeby upewnić się jak pisze się siódemki – czterech.
- Sporo ich, jakby chcieli wytępić wszystkie bobry z miasta… – odezwał się któryś.
- Teoretycznie to chcą, Harold bardzo napalił się do pomysłu ostatecznego rozwiązania kwestii bobrów na terenie Winktown City.
- Tam nie takich rzeczy już próbowali i nigdy im się nie udało.
Wiele bobrów pokiwało w tym momencie głowami.
- A wróg? – zapytał się ten siedzący na skrzynce „Uranowego”.
- Jest jeden – analityk przyciskając kredę mocno do tablicy, postawił na niej kreskę.
- No to Winkowie mają przejebane…
I znowu wiele bobrów zaczęło kiwać głowami zgadzając się z trafnym komentarzem jednego z braci…
***
- Napierrrrrrdaaaaalać! – krzyknął Harold Radioactiv III prowadzący szturm w jednym z działów hipermarketu. Kiedyś na półkach w tym miejscu wisiały lub leżały wędliny, zjedzone przez Winków, nawet, gdy te, zmieniły kolor na zielony. Batalion Zmarłych dowodzony przez starego ghula sunął powoli między regałami. Mimo dość niskiego tempa Batalionu, nikt nie mógł mieć zastrzeżeń co do ilości śrutu marnowanego na ostrzał wszystkiego co się przed nimi znajdowało.
- Widziałem cień! – krzyknął Horacy, jeden z młodszych ghuli, stażysta w elektrowni do dowódcy. – Na tamtej ścianie!!! – Żołnierz tak energicznie pokazywał przed sobą że odpadła mu ręka.
Jeden z wojaków załadował wyrzutnię rakiet i oddał salwę we wskazanym przez Horacego kierunku. Przed ghulami runęła cała ściana.
- Do boju chłopaki!!! – do walki zagrzewał swoje ghule Harold.
***
Huk wyrwał Bestię z letargu. Zdezorientowana uniosła łeb nasłuchując odgłosów. Na jej twarzy wyrósł grymas uśmiechu. Gdyby miała nos, wyczułaby „zapach” zbliżających się ghuli, ale niestety nie miała, kierowała się innymi zmysłami.
- Ofiaaaary hłe, hłe, hłe! – zarechotała.
***
W tym samym czasie w szpitalu Wink-Med., mutant Batts van Cavayero, zaczął powli odzyskiwać świadomość. Poczuł ból w tyle swojej wielkiej, zielonej głowy, po czym starał się otworzyć oczy. Ciężkie powieki z trudem się podniosły. Mutant ujrzał odwrócony od siebie lekarski kitel. Dłuższą chwilę trwało zanim Batts sobie przypomniał odpowiednie słowa.
- Shade… – wychrypiał słabowitym głosem.
Cień – medyk odwrócił się w stronę mutanta.
- Oooo Batss! – ucieszył się – Wróciłeś do żywych, to miło. Choć z drugiej strony, miałem nadzieję że sobie dokonam w końcu sekcji zwłok supermutanta, no ale i tak się cieszę że żyjesz!
- Shade… – powtórzył mutant.
- Co?
- Bypfffby…
- Co?
- Bypfffby…
Shade pochylił się nad łóżkiem chorego.
- Możesz powtórzyć mi na ucho o co Ci chodzi?
Kiedy medyk usłyszał co Batts ma do powiedzenia, od razu zerwał się do biegu wykrzykując że oto naszedł „Armagiedon” i wszyscy muszą się kryć. Sam schował się w schowku na miotły.
***
Tymczasem, bestia pędziła w stronę hałasu powodowanego przez Batalion Zmarłych…
***
Kiedy do prezydenta, doszła informacja, że Shade Cieniovski zwariował i zaczął wykrzykiwać o końcu świata, niespecjalnie się zdziwił. Cień od dawna sprawiał wrażenie jakoby miał nierówno pod sufitem, ale z powodu swojej wiedzy medycznej, był tolerowany. Druga jej część mówiąca o tym, że Batts odzyskał przytomność, bardziej go zainteresowała. Postanowił niezwłocznie udać się do szpitala, odrywając wzrok od masowej destrukcji czynionej przez Kompanię której nie powstydziłby się nawet Wink-Bud – największa firma rozbiórkowa w Wolnej Republice.
***
Ghul Zygfryd jak zawsze był ostatni. To jego nauczycielka w szkole ostatniego wyczytywała na liście, to on zawsze zostawał najdłużej w pracy po godzinach, to on zajmował ostatnie miejsce w różnych zawodach, teraz pilnował pleców innych członków Batalionu Zmarłych, tracąc przy tym szansę postrzelania sobie do celu, wszystko, co znajdowało się przed nim, niszczyli koledzy.
Bestia przyglądała się Zygfrydowi opartemu o karabin. Ghul miał skwaszoną minę. Tym razem był pierwszy.
- W końcu… – wychrypiał zanim padł z wycieńczenia.
***
Batts wracał do zdrowia, tak stwierdziła pielęgniarka.
- Jak długo tutaj pracuję, jeszcze nie widziałam że ktoś może żreć tak jak świnia! – powiedziała Toczy przed salą, w której leżał mutant. Cavayero zajadał się już czwartym szczurem na patyku, plamiąc całą pościel i jedząc brudnymi łapami zamiast widelcem i nożem który przyniosła mu pielęgniarka.
Odeszła zostawiając prezydenta samego przed salą chorego. La Machette dziarsko do niej wmaszerował.
- Siemasz Batts!
- Beeeek!
- Sorry że o to pytam, ale może pamiętasz co się stało zanim wylądowałeś w szpitalu. Mamy pewne przypuszczenia że bobry się rozochociły i zaczęły napadać na wszystkich którzy tylko znajdują się w ich polu widzenia i są sami żeby światków nie było.
- To nie bobry – powiedział przełykając kęs szczurzego mięsa mutant.
- A kto?
- Bobola żem spotkał.
Źrenice Toczy się rozszerzyły. Teraz wszystko zrozumiał. Te dziwne napady, te znikające, bo zapewne rozrywane w strzępy ubrania. To że wszystkie bobry licho porwało…
- Czy ty… Co się tam wydarzyło? – to było pytanie retorycznie
- Ja nie wiem. Żem przytomność stracił i nic nie pamiętam.
Prezydent poklepał mutanta po ramieniu z ulgą. Nic nie pamięta – pomyślał – Bo gdyby wiedział to by pewnie ze sobą skończył…
- Chcesz jeszcze jednego szczura? – zapytał się.
- Pewno! – mutant połkną patyk z reszkami mięsa i oblizał paluchy.
***
- Sektor M4 czysty! – zameldował Harold dowództwu przez krótkofalówkę. Jeszcze raz rzucił swoim jednym, żółtym okiem po pobojowisku i dodał – To znaczy, dopiero teraz przydałoby się tutaj posprzątać…
Ghul wyłączył komunikator i odwrócił się do swojego oddziału.
- To co chłopaki? Wracamy do jednostki, a potem idziemy do „Kundla” się napić za kolejną akcję w której nikt nie stracił ani ręki, ani nogi?
Ghule z aprobatą pokiwały głową. Dzisiaj wyjątkowo nikomu nie odpadła żadna część ciała z czego każdy był niezmiernie rad.
- Zygfryd się zgubił szefie! – Alfred był spostrzegawczy. Jako jedyny miał jeszcze oczy w liczbie, nie mniej, nie więcej dwóch. I w dodatku niepochowanych po kieszeniach w słoiku, tylko w oczodołach. Swoich.
Cholera! Co za ciota z niego, teraz trzeba go będzie szukać, a mnie się chce pić! – dowódca był zdenerwowany. Wszyscy wiedzieli co to może oznaczać – w barze nie będzie darmowej kolejki.
Ktoś jednak wykazał się na tyle zdrowym rozsądkiem że zaproponował trafne wyjście z tej sytuacji.
- To może go tu zostawić, zawsze to jeden kieliszek wódki Winkwasser dla innych?
Ghule w zgodzie zaczęły kiwać głowami. Niektórzy tak energicznie że zaraz kilka łbów znalazło się na podłodze. Harold zarządził koniec misji i taktyczny odwrót.
***
Tocza biegł przez miasto w stronę hipermarketu. Dotarłby do niego ze szpitala dużo szybciej, gdyby ktoś w końcu zajął się uprzątnięciem gruzu jaki zalegał od dwustu lat w Winktown City. Zanotował to sobie w pamięci żeby przy najbliższej okazji skazać kilka bobrów na pracę w kamieniołomach.
***
- Jak myślicie, już po wszystkim? – zapytał się jeden z bobrów. Nerwowo oczekiwali już od długiego czasu. – Wyszedł bym już z tego bunkra, mam pole chojanek do obsadzenia.
- Cichaj! Najpierw Winki pozbędą się Bobola z miasta, dopiero potem stąd wyjdziemy!
Bóbr nie dawał jednak za wygraną.
- A co mi taki Bobol zrobi? Dzikie bobole żyją w Mudzie i jakoś sobie z nimi radzimy.
Stary, leciwy bóbr którego futro było już siwe, spojrzał gniewnie na młodego Gofra.
- Młodyś, nie pomniesz tych czasów kiedy to Bobol porywał małe niegrzeczne bobry do pokoju 004 gdzie robił z nimi Złe Rzeczy.
- Znaczy jakie?
- Wsadzał im w tyłki różne dziwne rzeczy, np. drewniane patyki. A robił to z wielką wprawą i nie przepuścił żadnemu.
Bobrowi zaraz odechciało się wędrówek na powierzchnię.
- Jak dobrze że pokazaliśmy Winkom gdzie legowisko ma ten Bobol, przynajmniej one będą miały patyki w tyłkach, a nie my… – westchnął.
- I potośmy ich tam wysłali! Albo go załatwią, albo zaspokoją że zapadnie w sen zimowy na sto lat!
- No dobra! – bóbr tupnął łapą o ziemię. – Poczekam jeszcze jakiś czas, ale potem naprawdę idę sadzić chojanki bo robota sama się nie zrobi!!!
***
Zdyszany Tocza dopadł czołgu na którym siedział generał Mikus który czyścił swój karabin.
- To nie bobry napadały na Winków, to najprawdziwszy Bobol! – wykrzyczał dowódcy K.O.T.’a opierając się o czołg jedną z rąk.
Mikus zeskoczył z maszyny i zaczął wykrzykiwać przez megafon.
- Do wszystkich jednostek: Czerwony alarm! Zarządzam ewakuację do schronu numer 23! Cywilów pakować do niego bez dyskusji, to dla ich dobra! Powtarzam, Czerwony Alarm! Mamy pedała – seryjnego gwałciciela w mieście!!!
***
Batalion Zmarłych przebywający w hipermarkecie nie słyszał tego co się dzieje na zewnątrz. W tym momencie, jego członkowie, wymachując bronią i nucąc wesołą piosenkę z niecenzuralnym tekstem, zmierzali do wyjścia swoim zwyczajnym, powolnym tempem (inne jednostki już dawno opuściły budynek).
Nagle coś przed nimi spadło z sufitu. Dwadzieścia luf od razu skierowało się w kierunku czarnego kształtu który w tym momencie niezdarnie gramolił się na ziemi, próbując wstać.
- Siemasz Harold, kupę lat! – wycharczał potwór.
- B… Bo… Bobol? – z przerażeniem w głosie również wycharczał ghul.
Kosmita w końcu wstał. Był cały czarny i cały goły. Miał okrągłą głowę (bez nosa) i nie miał przyrodzenia. Za to w lewej ręce kurczowo ściskał drewnianą pałkę. Przeciągnął się i ziewną.
- To co, co powiesz żebyśmy się rozerwali?
Z dwudziestu luf posypał się grad pocisków. Podziurawione ciało padło na ziemię. Nie płynęła z niego krew, tylko jakaś zielona maź. Potem nawet jedna czy dwie muchy usiadła na truchle kosmity.
- Życie to nie film… – ghul podmuchał w gorącą lufę swojego karabinu. – Nie będzie sequel’a.
Batalion Zmarłych oddalił się w kierunku wyjścia. Nie było żadnej muzyczki, ani żadnych napisów na koniec. Ghule odeszły w stronę Baru.
EPILOG
Opustoszałe Winktown City przerażało. Na ulicach nie myło żadnego zalanego w trupa menela, na Targowisku wszystkie stragany były pozamykane, ze szpitala nie dało się usłyszeć krzyków rozpaczy. Tylko w barze ”Pod Różowym Kundlem” z szafy grającej wydobywał się dźwięk starej piosenki „Maybe” zespołu The Ink Spot, który to już raz? Dwadzieścia zalanych ghuli pochrapywało sobie głośno.
Nagle otworzyła się klapa w podłodze i siwy bóbr wystawił z niej swój mały ryjek.
- W dupie mam dalsze czekanie! Od 70 lat siedzę w tym schronie, a chojanek nie ma kto zasadzić!!!
Z trudem się wygramolił na zewnątrz i opierając się o laskę, pomaszerował na zewnątrz sadzić drzewka, po drodze kradnąc zwietrzałe piwo śpiącym ghulom.
THE END