Maczetowa sitwa

Dopiero po fakcie wyszło na jaw że wybory XI prezydenta Wolnej Republiki Winktown zostały tak naprawdę sfałszowane! Dzisiaj w godzinach porannych, bóbr Gofer z źródła które pragnie zachować anonimowość, dowiedział się że wybory w Winktown odbyły się o miesiąc za wcześnie!
Tak, nie do uwierzenia, ale to prawda. Liliana la Machette objęła urząd X prezydent dnia 13 grudnia, a jej kadencja powinna trwać 90 dni. Tymczasem już po około 50 dniach ogłosiła że wkrótce odbędą się wybory na XI prezydenta.

To tylko potwierdza tezę lansowaną w bobrzym środowisku że Wolna Republiką rządzi tzw. maczetowa sitwa. I co najlepsze, ma poparcie Abramsa, Radioactiv’a oraz Farciarza – trzech znaczących w Winktown nazwisk.
Co ciekawe, władze np. pominęły w drukowaniu kart wyborczych kandydaturę wielbłąda Camela który według naszych własnych sondaży, miał spore szanse na zwycięstwo.
Ostatnio również w Republice trwa wzmożona kampania antybobrza – pojawiają się już nawet hasła na temat ich banicji, a ex-prezydent używa brzydkich przekleństw zaczynających się na literę K i P.

Znamy już wyniki wyborów! XI prezydentem Winktown zostaje Tocza la Machette CXXIII!

Przed chwilą zakończył się wybory XI prezydenta Wolnej Republiki Winktown. Członkowie Komisji Wyborczej nie byli jednak w stanie podać wyników, w ustalonym terminie (około południa) ponieważ zbyt długo świętowali po zamknięciu lokali wyborczych.
Po raz kolejny prezydentem Winktown został Tocza la Machette CXXIII i będzie to jego druga kadencja na tym stanowisku. Oto jak rozłożyły się głosy:

Tocza la Machette CXXIII: 4 głosy
Paweł Abrams vel Abramowicz: 3 głosy
Camel: 1 głos (swój)
Tommy Farciarz: 0 głosów
Harold Radioactiv III: 0 głosów

Niestety, małe są szanse jakoby nowy prezydent zmienił coś w Republuce. Osoby piastujące ten urząd kojarzą się Winkom przede wszystkim ze słomianym zapałem, bo ostatnio nawet obietnice wyborcze przestali składać. Państwo musi mieć jakąś głowę dlatego też z wielkim bólem serca, obywatele zgłaszają swoje kandydatury, chociaż wcale nie jest im to po myśli. System sprawowania rządów w Winktown już od dawna się nie sprawdza i mimo podejmowania prób zmiany tego stanu (m.in. wprowadzenie Senatu w miejsce Zgromadzenia Narodowego i powołanie Rady Trzech), nic się nie zmienia. Możliwe że już wkrótce demokratyczne wybory w Winktown zastąpi loteria w której wątpliwy „zwycięzca” zmuszony będzie do piastowania funkcji prezydenta lub innego stanowiska, ale póki co, takie są tylko plotki, chociaż bardzo realne.

Dziennik Bobra wraca!

Myśleliście wszyscy że “Dziennik Bobra” przestał funkcjonować? A figa z makiem, wciąż istnieje!  Mamy tylko problem z papierem toaletowym na którym moglibyśmy wydawać nowe numery Waszego ulubionego v-szmatławca, ale spoko-loko… Nasi spece już pracują nad recyklingiem papieru toaletowego więc wkrótce wznawiamy działalność!

Konkurs na projekt nowego godła Wolnej Republiki Winktown

Zniesmaczony praktycznie zerowym odezwem ze strony Winków, zwracam się do was obywatele całego Mikroświata, o pomoc w stworzeniu projektu nowego godła Wolnej Republiki Winktown.

Otóż jeśli ktoś z was posiada wystarczające umiejętności graficzne, to chciałbym żeby w nowym godle znajdowała się głowica ze znakiem radiacji (takim jakie znajduje się w naszym godle), dwa skrzyżowane karabiny owinięte jakąś szarfą (np. żółtą lub czarną jak barwy naszej flagi) i jakieś skromne dodatki klimatyczne (najlepiej związane w jakiś sposób z postapokaliptycznym Winktown), a wszystko to w stylu zbliżonym do godła Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, Wysokogórskiej Republiki Elfidy, Bergijskiej Republiki Socjalistycznej czy nawet Biednej Republiki Ciprofloksji.

Ktoś chętny? Czekam na wasze propozycje! Najlepsza możliwe że stanie się nowym godłem Wolnej Republiki Winktown (niczego nie obiecuję)!

Dziennik Bobra informuje…

… że bober powrócił do Winktown i ma wielkie plany.

Z okazji niedzieli…

No bo tak sobie pomyślałem że skoro mamy dzisiaj niedzielę, to fajnie będzie jakiś biblijny cytacik zamieścić na łamach “Dziennika Bobra” bo wtedy dostaniemy +5 do lansu w Rotrii jako gazeta katolicka hiehiehie! :)

” (27) Powiesz im: To mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela: Pijcie i upijajcie się; wymiotujcie i padajcie, nie mogąc powstać wobec miecza, który poślę między was. (28) Jeżeli zaś się zdarzy, że nie będą chcieli wziąć kubka z twej ręki, by pić, powiesz im: To mówi Pan Zastępów: Musicie wypić! “

Jr 25, 27-28

Obwieszczenie władz Kraju Bobrów w sprawie poczynań szoszoinów

Po publikacji oświadczenia władz Quarkoyo, szoszoini dosyć nerwowo zareagowali. Banem na ich forum Gofrowi grozili, ale on się nie dał, w końcu poza tym że stoi na czele Kraju Bobrów, to jeszcze jest ambasadorem Wolnej Republiki Winktown w Okoczii więc wygnanie go z forum byłoby ciosem agresywnym skierowanym w stronę bratniego kraju.

I kto teraz powie że szoszoini to pokojowo nastawiony naród? Od razu zagrozili że popędzą po swoich sojuszników i że siłą nas z naszych nowych ziem wypędzą. Tak! Żadnych negocjacji, od razu za tomahawki mordować niewinne zwierzęta. A my mamy prawo do tych terenów, wszakoż szoszoini nam je wydzierżawili w zamian za ich karmienie i pomoc w różnych pracach. Czy bobry się z nich nie wywiązywały? To one trupy z rzeki wyłowiły, to one pola marchewek obsadziły i nie mówiły że po ogłoszeniu niepodległości przez Kraj Bobrów, zaprzestaną to robić! A szoszoini rwać traktor od razu chcą, bo im knajpę z dymem ktoś puścił. Rwać można, ale wpierw trzeba pomyśleć jak zadośćuczynić bobrom ich krzywdę. Skoro nie pomyśleli, to bobry same sobie odebrały je, w postaci skrawka ziemi na wyspie.

Drodzy sojusznicy szoszoinów którzy przyjdą walczyć z bobrami!
Wzdłuż brzegu Tisy (po NASZEJ stronie), poustawiane zostaną stoły z pysznym jadłem – ciastami marchewkowymi, sokiem marchewkowym, a nawet Bobrówką – naszym przepysznym alkoholem za którego picie szoszoini płacić nie chcieli, tylko za darmo by wypijali (a przecież każdy miedziak dla bobra ważny bo ma dużą on rodzinę do utrzymania) – częstujcie się!!! Bobry nie chcą z wami walczyć, bobry są naprawdę pokojowo nastawionymi do świata stworzeniami.

Naprawdę smutno nam jest z tego powodu, że szoszoini są tak w gorącej wodzie kompanii i od razu by chcieli niszczyć innych, bo strasznie im się podoba mordowanie bobrów chadzających sobie po Okoczii (chlubią i chwalą się nawet ilością upolowanych), nic a nic w nich chęci do podjęcia rozmów dyplomatycznych…

Podpisano
(-) Gofer
Bober szoszoiński

Oświadczenie bobrów szoszoińskich nt. zerwania traktora i dalszych naszych poczynań

W ostatnim czasie bobry na Okoczii zostały bardzo źle potraktowane. Jeden z szoszoinów którego mieliśmy za brata krwi, dopuścił się nawet podpalenia nam żeremi.
W ramach odwetu, my podpaliliśmy im Saloon żeby wiedzieli co bobry poczuły na widok naszego płonącego domu.
I wtedy władze miasteczka Kurt Town wypowiedziały nam wojnę (bez uzgodnienia z Wodzem Okoczii) i zaczęły nastawać na nasze życie mordując bestialsko każdego bobra którego spotkały na swojej drodze (my za to jeńców (pięciu) traktowaliśmy dobrze, nawet pić wodę i jeść marchewkę im dawaliśmy).
Wódz Okoczii Piekielny Wilk zareagował szybko i stwierdził że żadnej wojny nie ma bo wojna to nastawanie na godność mieszkańców Wolnej Republiki Winktown i nakazał swoim wojom powstrzymanie się od walk. I wydawać by się mogło że wszystko będzie dobrze, ale zarządzono głosowanie nad zerwaniem traktora które poparli wszyscy szoszoini będący akurat w stanie głosować.

Widać że szoszoini są niesłowni i chcą krzywdę bobrom wyrządzić (powołują się na to że kilka bobrów więcej po wyspie biegało), ale bobry się nie dadzą!
Jako Wódz bobrów szoszoińskich oznajmiam, że wyspy nie opuścimy i w dorzeczu Tisy własny kraj zakładamy – w ramach zadośćuczynienia za zerwanie traktora! Kraj w pełni niepodległy, niezależny od woli włodarzy Okoczii i Winktown, kraj w którym będą żyły bobry gdyż już dawno mówiły że to ich Ziemia Obiecana! Stolicą ustanawiamy Fort Quarkoyo, a sam kraj, Krajem Bobrów nazywamy!!!

Podpisano
(-) Gofer
Bóbr szoszoiński

Bieżąca sytuacja w Okoczii – wojna bobrów z kowbojami z Kurt Town

Jakiś czas temu wyjechałem z Wolnej Republiki Winktown do Okoczii. Ważne sprawy mnie tam zaprowadziły gdyż swojego czasu zostałem tam ambasadorem WRWT i warto byłoby popiastować stołek zanim wykopią z niego nie? No, a przy okazji miałem w Okoczii również trochę spraw biznesowych. Otóż według traktatu zawartego z szoszoinami, miałem tam wraz z innymi bobrami, bobrowatą wioskę wybudować.

No i wioska niedawno powstała, Quarkoyo się nazywa. Ale czy długo poistnieje w Okoczii?
Otóż zaczęło się od tego że postanowiliśmy na bobrzym wiecu że obsadzimy pola marchewką. Przyobiecaliśmy karmić szoszoinów, to niech się zdrowo odżywiają. Oni trochę pomarudzili, bo stwierdzili że lepsze mięso bizona, ale my im dalej mówiliśmy że marchewka dużo bardziej zdrowa!
Kiedy jeden z moich braci kąpał się w Tisie (rzeka w dorzeczu której położone jest Quarkoyo), na jej dnie zauważył coś błyszczące. Myśląc że to diament, zanurkował i jakie było jego zaskoczenie, kiedy okazało się że to guzik od munduru. I było ich tam więcej. Dużo więcej bo wraz z mundurami zwłoki na dnie leżały. Zwłoki dziesiątek żołnierzy.
No i bobry te zwłoki wyciągnęły na brzeg, na kupkę ułożyli, a woda zmieniła kolor, z lekko zielonego na krystalicznie niebieski. Radząc co zrobić z tymi truchłami, jednoznacznie stwierdzono że należy je zmielić i na nawóz przerobić pod uprawę marchewek, co by lepiej rosły.
No ale w tym momencie się szoszoiny wtrąciły i stwierdziły że tak nie wolno, bo to ich zwłoki z jakiejś starej wojny ze Słomagromem i trzeba je pochować. Na to bobry im odpowiedziały że wcale nie, bo zwłoki są bobrów, bo oni je znaleźli, a ponadto są teraz w wiosce Quarkoyo, czyli na ich terenie i im ich nie oddadzą.
No i się wtedy Żelazny Żuk zdenerwował i nam żeremie podpalił! A że bobry sobie w kaszę dmuchać nie dadzą, sam wziąłem sprawy w swoje ręce i z zapałkami podszedłem do miejsca gdzie Żuk najgłośniej krzyczał nad tym, żeby bobry szoszoińskie praw wyborczych nie miały, czyli do Saloonu i ten Saloon zwyczajnie… podpaliłem! No bo nie może być tak że jak ważne miejsce bobrom podpalają, to im to podarujemy i im też ważne miejsce z dymem puścimy nie?
No i wtedy Maciej Faraon – szeryf Kurt Town (miasto gdzie był Saloon) i Tańczący z Bizonami -  burmistrz Kurt Town i znany wróg bobrów, wypowiedzieli nam wojnę!

No i teraz sytuacja jest taka że bobry podłożyły bombę w Kurt Town po której wybuchu sama dziura po mieście zostanie (w końcu jakby nie patrzeć, korzenie winkowe mają) i Tańczący z Bizonami też ma bombę (pewnie też winkową) i straszy też nas nią że ją zdetonuje w Quarkoyo.
Obie strony oczekują teraz na ruch przeciwnika…

(-) Gofer

Bober Gofer “Łowy” – Powieść

Poniżej prezentujemy państwu książkę autorstwa bobra Gofra która zrobiłaby furorę na rynku wydawniczym Winktown, gdyby takowy istniał (a nie tak że wciąż problemy z papierem są, nawet toaletowym). Miłej lektury!

„Łowy”
Powieść autorstwa bobra Gofra

Radosna muzyka pogrywała ze starej, jeszcze przedwojennej, szafy grającej. Impreza w barze „Pod Różowym Kundlem” miała się w najlepsze. W lokalu zgromadziła się tego wieczoru cała miastowa śmietanka, wśród których byli: Tocza la Machette CXXIII, obecnie gwizdżący w pustą butelkę po piwie „Uranowe” a także Orzislav von Thorn-Todd, przygrywający sobie w rogu na gitarze jaką dziwaczną melodyjkę. W barze krążyły również pogłoski, że jest tutaj również gdzieś Gofer, ale nikt nie mógł zlokalizować bobra – zapewne na zapleczu sam lub z kilkoma bobrami, opróżniał kolejną beczułkę smacznego i pożywnego „Uranowego Wina”.
W trakcie zabawy w Różowym Kundlu, Batts van Cavayero, wielki, zielony mutant, odczuł pilną potrzebę. Jako że jego gabaryty nie za bardzo umożliwiały mu skorzystanie z toalety sieci Bartolda Frytki, Cavayero z nietęgą miną postanowił opuścił knajpę, by móc wypróżnić się gdzieś na dworze. Z wielkim trudem podniósł swoje wielkie cielsko znad stolika, po czym wywrócił się do tyłu miażdżąc krzesło na którym wcześniej siedział. Zamroczony przez alkohol, postanowił nie wstawać i w pozycji półleżącej, wyczołgał się z lokalu. W barowym ogródku (choć to słowo może być użyte w tym miejscu na wyrost na określenie kilku chwastów rosnących przed barem), poczuł lekkie mdlenie, po czym w sposób niekontrolowany wszystko zwymiotował, tak więc tuż przy wyjściu powstała kolejna kałuża w której dobry obserwator mógł wypatrzeć co Batts jadł dzisiejszego wieczoru lub też odróżnić kilka różnych sosów z jakimi mutant skonsumował pieczone szczury.
Doczołgawszy się do czerwonego hydrantu (stojącego tutaj zapewne dla ozdoby), van Cavayero podjął drugiej dzisiejszego wieczoru próby stanięcia na nogach o własnych siłach. Na czole umęczonego mutanta pojawił się pot, kiedy ten opierając się o hydrant podnosił się z kolan. Widok był to straszny, niczym z filmu sensacyjnego, gdzie główny bohater nie dawał za wygraną swojemu śmiertelnemu wrogowi i po otrzymaniu serii teoretycznie śmiertelnych ciosów, powstawał.
- Agrrr!!! – wyrwało się z gardła Battsa kiedy odepchnął się od hydrantu, powodując na nim niewielkie wgniecenie, i nieco się chwiejąc, rozpinał rozporek. Dając ulgę swojemu zbolałemu pęcherzowi, z błogą miną mutant zauważył dziwne światło tuż na granicy miasta i pustyni. Wytężając jeszcze bardziej wzrok, zauważył że jakiś dziwaczny, ciemny kształt, podobny do psa (wiedział co to jest pies, bo go kiedyś jadł pieczonego) który szarżował w jego kierunku. Przeraźliwy skowyt sprawił że Battsowi zjeżyły się włosy na plecach. – Co do diabła… – więcej nie zdążył powiedzieć gdyż ciemny kształt wylądował na klatce piersiowej i z ogromną siłą pchnął go na ziemię. Van Cavayero uderzył głową w hydrant i stracił przytomność.

***

- Co z nim? – głos był skrzeczący i zgrzytliwy.
- A jaką odpowiedzieć chciałbyś usłyszeć? – za to głos rozmówcy wydawał się dobiegać z oddali, jakby przez jakąś tubę.
- Że będzie żył, wisi mi kapsle! – stwierdził Harold, główny barman „Różowego Kundla i jednocześnie lokalna szycha.
- Ano będzie żył… – po usłyszeniu odpowiedzi medyka Shade’a Cieniovskiego, stary ghul wyraźnie poweselał – Za to zapowiada się, że parę bobrów będzie miało wiwisekcję, nie widzę tu ani broni Battsa, ani jego spodni i butów…

***

W piwnicy jednego ze zrujnowanych budynków Winktown City, najwyraźniej coś zamieszkało. Było to coś, czego od dawna w mieście nie widziano, czego się obawiano. Straszliwy chichot rozdarł grobową ciszę tego miejsca.
- Polowanie, polowanie, polowanie! – gdyby ktoś akurat przechodził obok, zapewne usłyszałby radość w głosie tego co zamieszkało w tym miejscu.

***

W tym czasie, wszystkie bobry z Winktown City, wyczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo, postanowiły się ukryć przed złem, które czyhało również na nie…

***

Tej samej nocy, Sqadak budował kolejny nikomu nieprzydatny wynalazek w swoim warsztacie na siódmym piętrze biurowca należącego do jego firmy – Sqadak-Tech. Miał nadzieję że w końcu zbuduje coś przydatnego mieszkańcom Winktown. Niestety, jak bywa ze wszystkimi gadżetami wyprodukowanymi w firmie Kapitalisty Pustkowi, żaden z nich się do niczego nie nadawał. Bo po co zwykłemu Winkowi takie przedmioty jak dwudziestoczterokołowy rower bez kierownicy, lub foliowy strój antypoślizgowy? No właśnie…
Zimny podmuch wiatru przewrócił kilka kartek leżącej na stoliku książki na temat budowy reaktorów atomowych.
- Co jest, przecież nie otwierałem chyba okna? – konstruktor odwrócił się i zobaczył czerwone oczy Bestii. – Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!
I tym razem nikt niczego nie usłyszał…
***

- To już drugi w ciągu dwóch dni! – w oczach Harolda widać było wyraźne zdenerwowanie – Ten też wisiał mi kapsle!
- Bobry naprawdę sobie przechlapują… To już drugi który leżał goły i wesoły… – wtrącił Shade. – W dodatku od wczoraj żadnego z nich nie widziałem, jakby się wszystkie ukrywały.
Tocza la Machette CXXIII który tego dnia również przebywał w klinice, podrapał się po głowie.
- No tak, ale gdybyśmy mieli przypadek kradzieży dokonanej przez bobry, to poza ubraniem, zarąbałyby one zapewne wszystko co znajduje się w budynku.
Harold pogłaskał się po brodzie, a Shade zrobił zbolałą minę, choć zapewne nikt z przebywających w pomieszczeniu poza nim tego nie zauważył.
- Gdyby chociaż odzyskali przytomność, to byśmy ich… – wskazał skinięciem półprzezroczystej, cieniowatej głowy na leżących w szpitalnych łóżkach Battsa i Sqadaka – …przesłuchali o te zajścia.
- Ich już raczej nie możemy… – powiedział Tocza z sadystycznym uśmiechem. – … ale bobry tak!

***

Tymczasowy głównodowodzący Kompanią Orłów Toczy, generał Mikus, próbował przekrzyczeć powoli wjeżdżające na uliczkę czołgi typu Makaveli Mark II.
- Dzięki naszemu tajnemu szpiegowi, wiemy, że bobry ukrywają się gdzieś w okolicy! – generał wskazał ręką na stary hipermarket – Zaraz sforsujemy umocnienia i je dorwiemy!!! – Pomachał ręką na kilka kontenerów na śmieci ustawionych pośrodku dawnego parkingu. Minąć je można w odległości 10 metrów z każdej strony, ale wrogie umocnienia, to przecież wrogie umocnienia, nawet jak tam Lumpy założyły własne osiedle mieszkalne.
Prezydent la Machette spojrzał na to wszystko krytycznym okiem. Spojrzał jeszcze raz na sprzęt wojskowy, który powoli wtaczał się na niewielką uliczkę, a były wśród niego zarówno wspomniane wcześniej czołgi, jak i transportery opancerzone, roboty saperskie i innego rodzaju wysokozaawansowany sprzęt wojskowy.
- Jest pan pewien że to wszystko jest potrzebne, żeby dostać się do tego wyraźnie rozwalającego się budynku? – zapytał się zaskoczony.
- Tak jest panie prezydencie! – Mikus się wyprostował i zasalutował. – W wypadku starcia z bobrami stosujemy nową doktrynę wojskową którą pan nawet podpisał panie prezydencie!
- Tak? A jaka to doktryna? – zapytał się Tocza, którego ostatnio papierkowa robota absorbowała w tak wielkim stopniu że już nawet nie czytał dokumentów podsuwanych mu przez sekretarkę, a tylko je mechanicznie podpisywał.
- Doktryna „Spalonego bobra”! – wykrzyczał z dumą głównodowodzący – Polega ona tym że najpierw udupiamy futrzaki, a potem się je pytamy co zrobiły! Nawet jak nic nie przeskrobały, to zawsze paru mniej prawda?!
= Nie mogę odmówić sensowności tej doktrynie, naprawdę…
Za plecami rozmawiających, kilku żołnierzy przygotowywało wyrzutnię rakiet „Berta” do oddania strzału ostrzegawczego…

***

Bóbr odczepił rudy ogon i strzepał z futra pył z brązowej cegły.
- Zadanie wykonane chłopaki, Siły Zbrojne Winktown zostały odpowiednio nakierowane!
Inny, siedzący na skrzynce z „Uranowym” zapytał się:
- Jak oceniamy szanse armii Winktown w starciu z tym czymś?
Kilku bobrzych naukowców w białych kitlach krojonych na ich miarę w zakładzie krawieckim pana Tulipana, przerwało wcinanie przedwojennych sardynek i wystąpiło na środek pomieszczenia wraz z dziecięcą tablicą do pisania na kółkach. Jeden z Gofrów przełknął smaczną rybkę i zaczął referować to co ustalili wspólnie wcześniej bobrzy analitycy, mażąc jednocześnie jakieś liczby na tablicy.
- Uzbrojonych Winków przypuszczających atak na opuszczony hipermarket jest trzy tysiące dwustu siedemdziesięciu – tu zrobił krótką przerwę żeby upewnić się jak pisze się siódemki – czterech.
- Sporo ich, jakby chcieli wytępić wszystkie bobry z miasta… – odezwał się któryś.
- Teoretycznie to chcą, Harold bardzo napalił się do pomysłu ostatecznego rozwiązania kwestii bobrów na terenie Winktown City.
- Tam nie takich rzeczy już próbowali i nigdy im się nie udało.
Wiele bobrów pokiwało w tym momencie głowami.
- A wróg? – zapytał się ten siedzący na skrzynce „Uranowego”.
- Jest jeden – analityk przyciskając kredę mocno do tablicy, postawił na niej kreskę.
- No to Winkowie mają przejebane…
I znowu wiele bobrów zaczęło kiwać głowami zgadzając się z trafnym komentarzem jednego z braci…

***

- Napierrrrrrdaaaaalać! – krzyknął Harold Radioactiv III prowadzący szturm w jednym z działów hipermarketu. Kiedyś na półkach w tym miejscu wisiały lub leżały wędliny, zjedzone przez Winków, nawet, gdy te, zmieniły kolor na zielony. Batalion Zmarłych dowodzony przez starego ghula sunął powoli między regałami. Mimo dość niskiego tempa Batalionu, nikt nie mógł mieć zastrzeżeń co do ilości śrutu marnowanego na ostrzał wszystkiego co się przed nimi znajdowało.
- Widziałem cień! – krzyknął Horacy, jeden z młodszych ghuli, stażysta w elektrowni do dowódcy. – Na tamtej ścianie!!! – Żołnierz tak energicznie pokazywał przed sobą że odpadła mu ręka.
Jeden z wojaków załadował wyrzutnię rakiet i oddał salwę we wskazanym przez Horacego kierunku. Przed ghulami runęła cała ściana.
- Do boju chłopaki!!! – do walki zagrzewał swoje ghule Harold.

***

Huk wyrwał Bestię z letargu. Zdezorientowana uniosła łeb nasłuchując odgłosów. Na jej twarzy wyrósł grymas uśmiechu. Gdyby miała nos, wyczułaby „zapach” zbliżających się ghuli, ale niestety nie miała, kierowała się innymi zmysłami.
- Ofiaaaary hłe, hłe, hłe! – zarechotała.

***

W tym samym czasie w szpitalu Wink-Med., mutant Batts van Cavayero, zaczął powli odzyskiwać świadomość. Poczuł ból w tyle swojej wielkiej, zielonej głowy, po czym starał się otworzyć oczy. Ciężkie powieki z trudem się podniosły. Mutant ujrzał odwrócony od siebie lekarski kitel. Dłuższą chwilę trwało zanim Batts sobie przypomniał odpowiednie słowa.
- Shade… – wychrypiał słabowitym głosem.
Cień – medyk odwrócił się w stronę mutanta.
- Oooo Batss! – ucieszył się – Wróciłeś do żywych, to miło. Choć z drugiej strony, miałem nadzieję że sobie dokonam w końcu sekcji zwłok supermutanta, no ale i tak się cieszę że żyjesz!
- Shade… – powtórzył mutant.
- Co?
- Bypfffby…
- Co?
- Bypfffby…
Shade pochylił się nad łóżkiem chorego.
- Możesz powtórzyć mi na ucho o co Ci chodzi?
Kiedy medyk usłyszał co Batts ma do powiedzenia, od razu zerwał się do biegu wykrzykując że oto naszedł „Armagiedon” i wszyscy muszą się kryć. Sam schował się w schowku na miotły.
***

Tymczasem, bestia pędziła w stronę hałasu powodowanego przez Batalion Zmarłych…

***

Kiedy do prezydenta, doszła informacja, że Shade Cieniovski zwariował i zaczął wykrzykiwać o końcu świata, niespecjalnie się zdziwił. Cień od dawna sprawiał wrażenie jakoby miał nierówno pod sufitem, ale z powodu swojej wiedzy medycznej, był tolerowany. Druga jej część mówiąca o tym, że Batts odzyskał przytomność, bardziej go zainteresowała. Postanowił niezwłocznie udać się do szpitala, odrywając wzrok od masowej destrukcji czynionej przez Kompanię której nie powstydziłby się nawet Wink-Bud – największa firma rozbiórkowa w Wolnej Republice.

***

Ghul Zygfryd jak zawsze był ostatni. To jego nauczycielka w szkole ostatniego wyczytywała na liście, to on zawsze zostawał najdłużej w pracy po godzinach, to on zajmował ostatnie miejsce w różnych zawodach, teraz pilnował pleców innych członków Batalionu Zmarłych, tracąc przy tym szansę postrzelania sobie do celu, wszystko, co znajdowało się przed nim, niszczyli koledzy.
Bestia przyglądała się Zygfrydowi opartemu o karabin. Ghul miał skwaszoną minę. Tym razem był pierwszy.
- W końcu… – wychrypiał zanim padł z wycieńczenia.

***
Batts wracał do zdrowia, tak stwierdziła pielęgniarka.
- Jak długo tutaj pracuję, jeszcze nie widziałam że ktoś może żreć tak jak świnia! – powiedziała Toczy przed salą, w której leżał mutant. Cavayero zajadał się już czwartym szczurem na patyku, plamiąc całą pościel i jedząc brudnymi łapami zamiast widelcem i nożem który przyniosła mu pielęgniarka.
Odeszła zostawiając prezydenta samego przed salą chorego. La Machette dziarsko do niej wmaszerował.
- Siemasz Batts!
- Beeeek!
- Sorry że o to pytam, ale może pamiętasz co się stało zanim wylądowałeś w szpitalu. Mamy pewne przypuszczenia że bobry się rozochociły i zaczęły napadać na wszystkich którzy tylko znajdują się w ich polu widzenia i są sami żeby światków nie było.
- To nie bobry – powiedział przełykając kęs szczurzego mięsa mutant.
- A kto?
- Bobola żem spotkał.
Źrenice Toczy się rozszerzyły. Teraz wszystko zrozumiał. Te dziwne napady, te znikające, bo zapewne rozrywane w strzępy ubrania. To że wszystkie bobry licho porwało…
- Czy ty… Co się tam wydarzyło? – to było pytanie retorycznie
- Ja nie wiem. Żem przytomność stracił i nic nie pamiętam.
Prezydent poklepał mutanta po ramieniu z ulgą. Nic nie pamięta – pomyślał – Bo gdyby wiedział to by pewnie ze sobą skończył…
- Chcesz jeszcze jednego szczura? – zapytał się.
- Pewno! – mutant połkną patyk z reszkami mięsa i oblizał paluchy.
***
- Sektor M4 czysty! – zameldował Harold dowództwu przez krótkofalówkę. Jeszcze raz rzucił swoim jednym, żółtym okiem po pobojowisku i dodał – To znaczy, dopiero teraz przydałoby się tutaj posprzątać…
Ghul wyłączył komunikator i odwrócił się do swojego oddziału.
- To co chłopaki? Wracamy do jednostki, a potem idziemy do „Kundla” się napić za kolejną akcję w której nikt nie stracił ani ręki, ani nogi?
Ghule z aprobatą pokiwały głową. Dzisiaj wyjątkowo nikomu nie odpadła żadna część ciała z czego każdy był niezmiernie rad.
- Zygfryd się zgubił szefie! – Alfred był spostrzegawczy. Jako jedyny miał jeszcze oczy w liczbie, nie mniej, nie więcej dwóch. I w dodatku niepochowanych po kieszeniach w słoiku, tylko w oczodołach. Swoich.
Cholera! Co za ciota z niego, teraz trzeba go będzie szukać, a mnie się chce pić! – dowódca był zdenerwowany. Wszyscy wiedzieli co to może oznaczać – w barze nie będzie darmowej kolejki.
Ktoś jednak wykazał się na tyle zdrowym rozsądkiem że zaproponował trafne wyjście z tej sytuacji.
- To może go tu zostawić, zawsze to jeden kieliszek wódki Winkwasser dla innych?
Ghule w zgodzie zaczęły kiwać głowami. Niektórzy tak energicznie że zaraz kilka łbów znalazło się na podłodze. Harold zarządził koniec misji i taktyczny odwrót.

***

Tocza biegł przez miasto w stronę hipermarketu. Dotarłby do niego ze szpitala dużo szybciej, gdyby ktoś w końcu zajął się uprzątnięciem gruzu jaki zalegał od dwustu lat w Winktown City. Zanotował to sobie w pamięci żeby przy najbliższej okazji skazać kilka bobrów na pracę w kamieniołomach.

***

- Jak myślicie, już po wszystkim? – zapytał się jeden z bobrów. Nerwowo oczekiwali już od długiego czasu. – Wyszedł bym już z tego bunkra, mam pole chojanek do obsadzenia.
- Cichaj! Najpierw Winki pozbędą się Bobola z miasta, dopiero potem stąd wyjdziemy!
Bóbr nie dawał jednak za wygraną.
- A co mi taki Bobol zrobi? Dzikie bobole żyją w Mudzie i jakoś sobie z nimi radzimy.
Stary, leciwy bóbr którego futro było już siwe, spojrzał gniewnie na młodego Gofra.
- Młodyś, nie pomniesz tych czasów kiedy to Bobol porywał małe niegrzeczne bobry do pokoju 004 gdzie robił z nimi Złe Rzeczy.
- Znaczy jakie?
- Wsadzał im w tyłki różne dziwne rzeczy, np. drewniane patyki. A robił to z wielką wprawą i nie przepuścił żadnemu.
Bobrowi zaraz odechciało się wędrówek na powierzchnię.
- Jak dobrze że pokazaliśmy Winkom gdzie legowisko ma ten Bobol, przynajmniej one będą miały patyki w tyłkach, a nie my… – westchnął.
- I potośmy ich tam wysłali! Albo go załatwią, albo zaspokoją że zapadnie w sen zimowy na sto lat!
- No dobra! – bóbr tupnął łapą o ziemię. – Poczekam jeszcze jakiś czas, ale potem naprawdę idę sadzić chojanki bo robota sama się nie zrobi!!!

***

Zdyszany Tocza dopadł czołgu na którym siedział generał Mikus który czyścił swój karabin.
- To nie bobry napadały na Winków, to najprawdziwszy Bobol! – wykrzyczał dowódcy K.O.T.’a opierając się o czołg jedną z rąk.
Mikus zeskoczył z maszyny i zaczął wykrzykiwać przez megafon.
- Do wszystkich jednostek: Czerwony alarm! Zarządzam ewakuację do schronu numer 23! Cywilów pakować do niego bez dyskusji, to dla ich dobra! Powtarzam, Czerwony Alarm! Mamy pedała – seryjnego gwałciciela w mieście!!!

***

Batalion Zmarłych przebywający w hipermarkecie nie słyszał tego co się dzieje na zewnątrz. W tym momencie, jego członkowie, wymachując bronią i nucąc wesołą piosenkę z niecenzuralnym tekstem, zmierzali do wyjścia swoim zwyczajnym, powolnym tempem (inne jednostki już dawno opuściły budynek).
Nagle coś przed nimi spadło z sufitu. Dwadzieścia luf od razu skierowało się w kierunku czarnego kształtu który w tym momencie niezdarnie gramolił się na ziemi, próbując wstać.
- Siemasz Harold, kupę lat! – wycharczał potwór.
- B… Bo… Bobol? – z przerażeniem w głosie również wycharczał ghul.
Kosmita w końcu wstał. Był cały czarny i cały goły. Miał okrągłą głowę (bez nosa) i nie miał przyrodzenia. Za to w lewej ręce kurczowo ściskał drewnianą pałkę. Przeciągnął się i ziewną.
- To co, co powiesz żebyśmy się rozerwali?
Z dwudziestu luf posypał się grad pocisków. Podziurawione ciało padło na ziemię. Nie płynęła z niego krew, tylko jakaś zielona maź. Potem nawet jedna czy dwie muchy usiadła na truchle kosmity.
- Życie to nie film… – ghul podmuchał w gorącą lufę swojego karabinu. – Nie będzie sequel’a.
Batalion Zmarłych oddalił się w kierunku wyjścia. Nie było żadnej muzyczki, ani żadnych napisów na koniec. Ghule odeszły w stronę Baru.

EPILOG

Opustoszałe Winktown City przerażało. Na ulicach nie myło żadnego zalanego w trupa menela, na Targowisku wszystkie stragany były pozamykane, ze szpitala nie dało się usłyszeć krzyków rozpaczy. Tylko w barze ”Pod Różowym Kundlem” z szafy grającej wydobywał się dźwięk starej piosenki „Maybe” zespołu The Ink Spot, który to już raz? Dwadzieścia zalanych ghuli pochrapywało sobie głośno.
Nagle otworzyła się klapa w podłodze i siwy bóbr wystawił z niej swój mały ryjek.
- W dupie mam dalsze czekanie! Od 70 lat siedzę w tym schronie, a chojanek nie ma kto zasadzić!!!
Z trudem się wygramolił na zewnątrz i opierając się o laskę, pomaszerował na zewnątrz sadzić drzewka, po drodze kradnąc zwietrzałe piwo śpiącym ghulom.

THE END

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.